piątek, 29 czerwca 2012

ryba i książka

Za nami taka piękna uroczystość, a we mnie jeszcze jakiś taki niepokój związany z ciągłym brakiem odpowiedzi dlaczego razem i dlaczego tak hucznie Kościół czci tych dwóch mężczyzn, apostołów... Byli to ludzie choć związani jednym i tym samym posłaniem to zupełnie różni i o zupełnie o różnych charakterach. Kim więc byli?

Piotr - pierwszy papież, a wcześniej rybak, prawdopodobnie pochodzący z ubogiej rodziny (lub przynajmniej z takiej średniej krajowej), prawdopodobnie nie ukończył żadnej ze szkół. Bardzo zwyczajny obywatel i nie wyróżniający się niczym. Jego codziennym zajęciem jest łowienie i praca przy rybach. Jego codzienność to woda-port-dom. Jest to jednocześnie człowiek w gorącej wodzie kąpany - zanim pomyśli to już to powie lub zrobi. Czasem pewnie chlapnie sobie jakieś niepoważne słowo czy zrobi coś niepoważnego. Trochę nieogarniający sytuacji i codzienności, w której przychodzi mu żyć. Pewnie też nie zrozumiany wśród najbliższych, a na pewno w domu - o czym może świadczyć nam sytuacja zaistniała z teściową. Współcześni jemu pewnie dziwili się dlaczego takiego właśnie Jezus wybrał sobie na swojego ucznia. 
Jest też w nim coś niezwykłego- do bardzo dobry człowiek. No, może zbyt pochopnie podejmuje decyzje, czy zbyt emocjonalnie podchodzi do niektórych sytuacji, ale za to ma niesamowicie dobre serce i jest niepowtarzalnie szczery. Kiedy wypływają ze Jezusem na połów i dokonuje się cudowny połów ryb, on nie wiedząc co się dzieje wręcz krzyczy do Jezusa, by sobie poszedł i nie robił już zamieszania w jego życiu, bo on nie wie co się dzieje i nie umie tego ogarnąć. Gdy widzi swojego Mistrza chodzącego po jeziorze to wskakuje do wody, bo chce być jak Jezus, chce jak On chodzić po wodzie. Gdy na górze Tabor jest świadkiem przemienienia Jezusa i widząc obok niego Mojżesza i Eliasza to nie zastanawiając się po co to wszystko się dzieje, mówi do Jezusa, że chcą tu zostać i postawić namioty, by zamieszkać na tej górze. Gdy Jezus pyta się ich kim On jest dla nich - to Piotr jako pierwszy mówi, pewnie nawet nie rozumiejąc tych słów, że to właśnie On, ich Mistrz jest Mesjaszem, Synem Boga samego. 
Trzeba też jednak powiedzieć, że jest to człowiek też bardzo tchórzliwy. W Wieczerniku podczas Ostatniej Wieczerzy, gdy słyszy o śmierci Mistrza wykrzykuje, że on za Nim pójdzie i na krzyż i w ogień skoczy, a kilka godzin później wypiera się Go wśród ludzi sobie nieznanych i przypadkowo siedzących na dziedzińcu, ogrzewających się przy ognisku. Gdy słyszy w tle pianie koguta coś w nim zaczyna się dziać - pęka maska bycia kimś wielkim i szanowanym, a odkryta została prawdziwa twarz zalana łzami - tego prawdziwego Piotra. I gdy Jezus kilka dni potem pyta go o miłość to Piotr odkrywa, że nie ma sensu udawać. I mówi wtedy - Ty wiesz jaki jestem, Ty wiesz, że chcę cię pokochać tak na serio. Ty wiesz, że jestem bardziej Piotrusiem niż Piotrem, ale chcę Cię kochać.
Kilka tygodniu później w Wieczerniku otrzymuje Ducha Świętego wraz ze swoimi współtowarzyszami-apostołami to wychodzi i zaczyna głosić kazanie. On tchórz, z kim nikt się nie liczył, z kogo może nawet się naigrawano zaczyna głosić kazanie i co - nawraca się 3 tysiące mężczyzn nie licząc kobiet i dzieci. My głosimy 3 tysiące kazań i może tam ktoś jeden się nawraca, a Piotr już za pierwszym razem zbiera takie owoce - dlaczego? Bo odkrył, że to nie w nim tkwi siła, ale w Mistrzu z Nazaretu, w Jezusie. Odkrył kim jest naprawdę i był gotów wtedy oddać życie za Jezusa, który był dla niego największą pasją życiową.

Saints Peter and Paul, from an etching in a catacombe

Paweł - a właściwie od urodzenia Szaweł, szlachetnie urodzony i pochodzący z wpływowej rodziny. Pobierał szkoły u Gamaliela Starszego. Na tamte czasy to była najlepsza szkoła biblijna. Był człowiekiem bardzo mądrym i inteligentnym. W przeciwności do Piotra nie funkcjonował na emocjach, a nawet może nie postępował nigdy spontanicznie. Za pewnie nie znał się na żartach. Człowiek z wartościami i przekonaniem, że to co robi to robi to bardzo dobrze. . Prześladował chrześcijan, bo uważani byli oni jako sekta, która wyciąga ze swego grona wielu Żydów sprowadzających podział wśród nich samych. Robił to co należało do niego jako prawowitego Żyda.
I ten bardzo poważny człowiek, który nie pozwalał sobie w życiu na żarty został zupełnie skompromitowany. Jadąc do Damaszku olśniła go wielka jasność i spadł z konia. Czy ktoś może sobie wyobrazić jak w tym momencie mogli zachowywać jego towarzysze. Ja widzę ich zginających się w pół i śmiejących na całą okolicę. Dopiero potem zaczyna się dialog z Chrystusem i cała historia nawrócenia Pawła. Myśląc o tej sytuacji i o nawróceniu Szawła zastanawiam się jak mogli czuć się najbliżsi Pawła? Ciekaw jestem co było gorsze dla rodziny - fakt stania się chrześcijaninem czy upadek. Pewnie wieść o upadku z konia jak i o nawróceniu obiegła cały ówczesny cywilizowany świat. Ten bardzo poważny człowiek, nie pozwalający sobie na żarty ani na spontaniczność, aby spotkać prawdziwego Boga musiał się w pewien sposób upokorzyć. Musiał spaść, by rozbiła się w nim maska, która przeszkadzała mu na prawdziwe spotkanie z Bogiem. Musiał zainterweniować sam Bóg. Jednak to jeszcze nie koniec. W pewnym momencie pisze, że w jego życiu tkwi oścień-może to być grzech, słabość, nałóg który wewnętrznie rozwala Pawła. Jednak on sam pisze, że się nie martwi, bo słyszy od swojego Mistrza słowa, że moc w słabości się doskonali i że wystarczy mu Jego łaski. 
On poważny, ale jednocześnie ośmieszony przez ten mały incydent stał się apostołem narodów i jak ogień, jak przecinak szedł przed siebie mówiąc o Bogu, którego spotkał w drodze do zabicia chrześcijanin. Ten Bóg pokazał mu kim tak naprawdę jest i co w życiu jest najważniejsze. Żeby w końcu spotkać Boga, musiał spaść  z konia. To doświadczenie tak bardzo go umocniło, że nie postanowił się poddawać tylko szedł cały czas do przodu. Odkrył co jest najważniejsze w relacji z Bogiem, a jest to na pewno zaufanie bezgranicznie Jemu samemu.

To co łączy Piotra, pierwszego papieża i Pawła, apostoła narodów to odkrywanie swojej słabości, a w tym wszystkim mocy Bożej i zaufania Mu do końca. Kościół czci ich na sposób uroczysty, bo oni wskazali nam najwłaściwszą drogę do Boga. 
Nie ważne kim jestem.
Nie ważne czy całe życie siedzę przy rybach czy przy książkach.
Nie ważne kim jestem księdzem czy studentem czy pracującym gdziekolwiek czy w ogóle nie pracującym. Nie ważne ile mam lat.
Nie ważne jaka była moja przeszłość - ważne jest tylko tyle, czy ufam Bogu? 
Czy wierzę w Niego?
Czy Go kocham?
Liczy się teraz!

1 komentarz:

Fk pisze...

Tak mi się zawsze włącza zazdrość, że pewnie uczniowie mogli z Jezusem żyć te tysiące lat temu, w jednym miejscu i czasie i zaufanie Jemu było kwestią zaufania... przyjacielowi? Lub tak, jak przyjacielowi. To jest fascynujące i chyba budujące nam, że to co pozostało, to szczera wiara.
A u mnie wreszcie ,,coś" mądrego, a przynajmniej taką mam nadzieję.
http://kiedy-jestem.blogspot.com/2012/07/o-tym-jak-w-dwa-miesiace-przestaam.html
pozdrawiam ;)