wtorek, 12 czerwca 2012

Jezus pod parasolem

w strugach deszczu
W niedzielę uczestniczyłem w "Beczkowej" procesji Bożego Ciała. Ach co to była za procesja. Zawsze chciałem w niej uczestniczyć, ale nie wiedziałem, że moje marzenie tak szybko się spełni i że zapisze się tak bardzo głęboko w moim sercu...

Jeszcze nigdy nie byłem na takiej procesji. Wyszliśmy z bazyliki ze śpiewem na ustach: Zmartwychwstał Chrystus Król, zakrólował nasz Pan, śmiercią zwyciężył śmierć, życie dał nam na wieki... 
Na początku krzyż, a tuż za nim wielka kadzielnica i jak to zostało nazwane kwiato-sypki, asysta liturgiczna i w centrum idący (niesiony) Jezus, a za nami powiedzmy coś ok. 2000 młodych. Wpatrywałem się w ludzi, których mijaliśmy i patrzyłem na ich twarze i oczy. 
Jakież wielkie było zdziwienie tych, którzy niespodziewanie siedzieli sobie w okolicznych restauracyjkach i popijali złoty napój....
Wielu nie wiedziało coś się w ogóle dzieje. 
Wielu było zszkowanych, że o tej porze (a było coś ok. 21.30) ulicą idzie procesja. 
Wielu robiło zdjęcia tej dziwnej paradzie czy manifie, którą my nazywamy procesją. 
Wielu patrzyło obojętnie na nas nic sobie z tego nie robiąc. 
Byli też tacy, którzy się śmiali, śpiewali, wznosili w naszą stronę kufle z wspomnianym wcześniej napojem czy też wykrzykiwali jakieś bliżej nieokreślone czy nie pasujące by tu napisać i wspomnieć te słowa. 
A śpiew roznosił się coraz bardziej po Krakowie, który właśnie trwał w nastroju świętowania Euro. Nic się nie zmieniły czasy współczesne Jezusowi. Tak samo dziś ludzie reagują na Jego obecność w naszym życiu czy świecie jak kiedyś. Identycznie. 

Wcześniej o. Maciej w czasie Eucharystii mówił, że dziś Jezus chce wejść w nasz świat i w nasze życie, by przemienić to co chwilowe na wieczne, a może nawet, by wydobyć w nas to co wieczne. A potem przy ołtarzach wsłuchiwaliśmy się w 3 spotkania Zmartwychwstałego - z Marią Magdaleną, z uczniami zdążającymi do Emaus i z Piotrem. I to było jakby odpowiedź na to co się działo wokół nas. Ale nie o tym chciałem dziś pisać. Bo dziś miało być o deszczu i o parasolu.

Już  przy pierwszym ołtarzu spotkał nas deszcz, nie to nie był deszcz, a nawet to ulewa nie była, bo to było coś mega bardzo bardzo większego niż deszcz w dniu potopu. Lało tak bardzo jak bardzo, by ta łaska Boga chciała przeniknąć nie tylko ubrania, ale i nas do szpiku kości. Z baldachimem trzeba było uciekać i wtedy ktoś wpadł na szalenie piękny pomysł, by Jezusa ochronić parasolem. I Jezus szedł ulicami Krakowa pod parasolem. Myśmy chcieli piękny baldachim, a On tak bardzo chciał przeniknąć naszą codzienność, że postanowił przejść tymi ulicami, którymi wędruje codziennie tysiące ludzi zwyczajnie pod parasolem. Bóg wszechmocny pod parasolem. To tak bardzo mnie urzekło. Tak bardzo, że nie mogłem spać tej nocy. On chciał bym pokonał 616 km pociągiem i przyjechał do Krakowa, by zobaczyć Go nie w splendorze.... no ale właśnie tak zwyczajnie pod parasolem. I to był najpiękniejszy widok  - mojego, naszego Boga - jaki widziałem przez 28 lat mojego życia.

(Mk 3, 20nn)
Potem przyszedł do domu, a tłum znów się zbierał, tak, że nawet posilić się nie mogli. Gdy to posłyszeli Jego bliscy, wybrali się, żeby Go powstrzymać. Mówiono bowiem: Odszedł od zmysłów.

Brak komentarzy: