poniedziałek, 27 grudnia 2010

refleksje Bożonarodzeniowe


Łk 2,15-20
Gdy aniołowie odeszli od nich do nieba, pasterze mówili nawzajem do siebie: Pójdźmy do Betlejem i zobaczmy, co się tam zdarzyło i o czym nam Pan oznajmił. Udali się też z pośpiechem i znaleźli Maryję, Józefa i Niemowlę, leżące w żłobie.
Gdy Je ujrzeli, opowiedzieli o tym, co im zostało objawione o tym Dziecięciu. A wszyscy, którzy to słyszeli, dziwili się temu, co im pasterze opowiadali. Lecz Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu. A pasterze wrócili, wielbiąc i wysławiając Boga za wszystko, co słyszeli i widzieli, jak im to było powiedziane.



Powyższy fragment Ewangelii to jakby opis ustanowienia króla, Widzimy w nim przybycie delegatów, którzy oddają pokłon nowemu władcy. Ale koronacja i sala koronacyjna są dziwne i jakże odbiegające od tych utartych schematów. Cóż to za Król, który mieszka w stajni, a delegatami i przedstawicielami kraju są pasterze.
Stajnia to w Biblii obraz nieczystości poprzez sam fakt przebywania tam zwierząt nieczystych. Pasterze to w ówczesnych czasach stan, którym pogardzano. Pasterze to tacy pod-ludzie, skrawek społeczeństwa, który jest powodem do wstydu. Być pasterzem to być kimś niesamowicie kimś pogardzanym i odrzucanym. To oni zobaczyli pierwsi Boga. Stajnia, miejsce przez Żydów uważane za nieczyste stało się miejsce narodzin i zarazem tronem Boga. Rodzice Jezusa, to nie wielcy przedsiębiorcy czy politycy, to nie wielcy tego świata. Józef to cieśla lub jak niektórzy sądzą zwykły rolnik w chwili Narodzin, mówią niektórzy, może mieć 14 lat, a Maryja, uboga dziewczyna, której przypisują badacze Biblii od 12-15 lat. Młodzi, ubodzy, niedoświadczeni, nieuczeni, nie pokończyli żadnych uniwersytetów, a jednak dla nich Bóg wybrał piękny plan, by stać się rodzicami Jezusa.

Wszechpotężny Bóg, z miłości do człowieka rodzi się w ubogiej stajence, a na pierwszych apostołów wybiera sobie wyrzutków społeczeństwa. Jak wielka jest Jego miłość! Dziś On ubogi, przychodzi do mego ubóstwa- taki bezradny-do mojej bezradności. On Bóg. Przychodzi do mego życia, które czasem przypomina taką stajenkę. I czyni mnie, grzesznego człowieka, apostołem swojej Dobrej Nowiny. Nie wybiera dworów, hoteli 5 gwiazdkowych, ludzi o nienagannym wychowaniu, ale ludzi pokrzywionych życiowo, ludzi ubogich, odepchniętych przez środowisko, wyśmianych, pogardzanych, odrzuconych. Wybiera to co głupie w oczach świata, by zawstydzić Mędrów.

On Bóg, przychodzi do moich dramatów życiowych, nierozwikłanych problemów, do relacji międzyludzkich, które się zakłóciły, których rozwiązać nie umiem.
Przychodzi tam gdzie mąż z żoną czy dzieci z rodzicami nie mogą rozmawiać, gdzie doszło do podziału. Przychodzi do tych, którzy nie umieją, nie mogą lub nie wiedzą jak podać sobie ręce na zgodę.
Przychodzi tam gdzie się o Nim już dawno zapomniało lub wyrzuciło się Go z życia.
Rodzi się w tym, co dla mnie ciężkie, w mojej chorobie, cierpieniu i krzyżu.
Dotyka tego, co boli, co stało się raną w skutek słów lub czynów ludzkich.
Rodzi się w moim ubóstwie i nędzy życiowej. I pragnie, bym Mu to co mnie najbardziej boli ofiarował, a On to przemieni, uświęci i rozjaśni moje ciemności.

On rozświetla moje ciemności, przynosi światło, przynosi miłość i pokój-pojednanie. Uczy wiary - zaufania do końca, przynosi szczęście i radość.

Bóg stając się człowiekiem, podnosi nasze człowieczeństwo. Dlatego w tym kontekście powie Jan Paweł II, że nie można człowieka, a więc siebie zrozumieć bez Chrystusa. Bez Niego, życie i trud i radość nie ma sensu. Dziś, gdy świat bardziej idzie ku temu, że człowiek coraz bardziej staje się rzeczą, a życie staje się niczym produktem, który możemy kupić w sklepie. Technika i medycyna, która ma pomagać człowiekowi, czyni go produktem. Wystarczy popatrzeć jedynie na metodę in vitro. Nie leczy się przyczyn, ale ingeruje się w życie ludzkie. By mogło się urodzić jedno dziecko metodą in vitro, musi umrzeć na drodze eliminacji zginąć 20 embrionów, a wiec 20 ludzi. O tym się jednak nie mówi. Świętość ludzka, powoli staje się kompleksem, czymś, co przeszkadza, czymś, czym mogę wręcz manipulować i sam decydować, kiedy ono się rozpocznie, a kiedy skończy. Po to są święta Bożego Narodzenia, by poznać swoją godność człowieka, uświęconą przez Chrystusa.



1 komentarz:

Agnieszka pisze...

Niech ten cud Bożego Narodzenia jaśnieje w naszych sercach. Pozdrawiam... :)